Biografia -- Chronologia -- Bibliografia -- Nabokov po polsku -- Filmy -- Linki -- Księga gości -- Strona główna
 
Patrz na te arlekiny!, przeł.[z ang.] Anna Kołyszko. Gdańsk: Wolny Wybór: Marabut, 1993.




    "Podczas tych miesięcy spędzonych na poprawianiu i częściowo pisaniu na nowo Czerwonego szapoklaka oraz drugiej książki jąłem przechodzić katusze osobliwej przemiany. Wprawdzie nie obudziłem się pewnego środkowoeuropejskiego ranka jako wielki skarabeusz z większą liczbą odnóży, niż może mieć jakikolwiek żuk, ale dokonało się we mnie przeszywające rozdarcie skrytych tkanek. Rosyjska maszyna do pisania stała zamknięta jak trumna. Zakończenie Wyzwania leżało już złożone w Patrii. Anette i ja planowaliśmy wybrać się wiosną do Anglii (plan nie doczekał się realizacji), a latem roku 1939 do Ameryki (gdzie miała umrzeć czternaście lat później). W połowie roku 1938 uznałem, że potrafię siedzieć z założonymi rękami i czerpać w duchu uciechę z prywatnych pochwał otrzymywanych w listach od Andovertona i Lodge'a, a także z publicznych zarzutów o arystokratyczny obskurantyzm, jakimi facecyjni krytykanci z niedzielnych wydań gazet godzili w styl tych fragmentów angielskich wersji moich dwóch powieści, które były wyłącznie mojego autorstwa. Czymś jednak zupełnie innym była "praca bez siatki" (określenie rosyjskich akrobatów) przy próbie stworzenia powieści od razu po angielsku, bo zabrakło rosyjskiej siatki bezpieczeństwa rozpostartej w dole między mną a oświetlonym krążkiem sceny."


    "Wiedziałem juz od różnych podróżników, że nasza kamienica rodzinna nie istnieje, a ta alejka, przy której stała, między dwiema ulicami w okolicy Fontanki, też znikła niczym tkanka łączna w procesie organicznego zwyrodnienia. Co więc zdołało porazić moją pamięć? Ów zachód słońca zwieńczony tryumfalnie chmurami z brązu rozmywającymi się w róż flamingów na drugim końcu łuku nad Kanałem Zimowym mogłem równie dobrze zobaczyć po raz pierwszy w Wenecji. Co jeszcze? Cień tralek na granicie? Prawdę powiedziawszy, tylko psy, gołębie, konie i bardzo starzy, bardzo pokorni szatniarze wydali mi się znajomi. Oni, no i może fasada domu przy ulicy Hercena. Niewykluczone, że przed wiekami chodziłem tam na jakieś kinderbale. Kwietny deseń biegnący nad rzędem górnych okien sprawił, że niesamowite ciarki przeszły mnie u nasady skrzydeł, które rosną nam wszystkim w takich chwilach sennego wspomnienia."


<<<
<<<


Patrz na te arlekiny!

Patrz na te arlekiny!